11 kolejka ALF w Nowej Wsi

Orlik w Nowej WsiZapraszamy do lektury relacji Pawła Kłaputa z 11 kolejki ALF w Nowej Wsi.

Orlik Nowa Wieś, New Village Stadium

12.06.2014

KCP Team – Ultras Kęty 7:1

Mecz, z pełną premedytacją ustawiony został na ostatnią ligowego kalendarza, bo nie trzeba było być jakimś Scherlockiem Holmesem, by wydedukować iż te zespoły – najprawdopodobniej – zagrają o prymat na półmetku. I tu pełna racja. Ale już co do emocji, które powinny stanowić apogeum wszystkiego, co dotychczas widzieliśmy… to uczucia były już mieszane.

Ale po kolei..

W 7 minucie Kamil Kozłowski rozpoczyna swój niesamowity show – idzie skrzydłem, dogrywa piłkę idealnie na głowę nieobstawionego Michała Pietrzykowskiego i jest 1:0.W 12 minucie „Peszko” jest mniej precyzyjny – sam uderza, ale trafia tylko w słupek. W minucie Pietrzykowski sprytnie markuje uderzenie, zgrywa piłkę do nadbiegającego Przemka „Sroki” Sroczyńskiego, a ten pakuje piłkę do siatki na 2:0. W chwilę późnie pokazuje się znowu Kozłowski , efektownymi „podcinkami” zwodzi dwóch rywali i podaje piłkę do Pietrzykowskiego, ale Michał – w sytuacji sam na sam – przenosi futbolówkę nad poprzeczką. Zapytacie: a gdzie są w tym wszystkim ultrasi? Są, a jakby ich nie było, bo dopiero w 17 minucie ultras Wojtek Jura przeprowadza pierwszą, składną akcję, jednak piłka po jego strzale minimalnie mija bramkę. I tyle w pierwszej połowie byłoby o ultrasach. W końcówce pierwszej odsłony KCP Team ma jeszcze jedną okazję na podwyższenie wyniku; Kozłowski, w iście sprinterskim tempie, przebiega z piłką połowę boiska i zagrywa do „Piczy”, ale ten świetnej sytuacji nie wykorzystuje.

Druga połowa zaczyna się od mocnego wejścia..jakże by inaczej! – Kozłowskiego. Napastnik muzyków, który dzisiaj wyraźnie wcielił się w rolę „króla asyst” wrzuca z lewej flanki kapitalnego „rogala” na głowę Rafała Janosza (bardzo aktywnego dziś w środku pola) i bramkarz kęczan, Kamil Pietras, po raz trzeci zmuszony jest wyciągać piłkę z siatki. Przewaga KCP Team wzrasta, a obserwując to co wyprawia z rywalami Kozłowski, można odnieść wrażenie , że napastnik muzyków i ultrasi biegają i kopią piłkę na dwóch, rożnych prędkościach. Jednak następną bramkę zdobywa nie filigranowy andrychowianin, a jego partner z ataku, Michał Pietrzykowski ( („klasyczna”, dwójkowa kontra wyprowadzona z Mateuszem „Rybą” Błasiakiem, kończy się trafieniem tego ostatniego w …nogi obrońcy, na szczęście zaplątaną piłkę przytomnie „wyłuskuje” Michał i wbija do siatki). 4:0. W 40 minucie ultrasi pokazują się po raz drugi w meczu. Adam Hawro przy rzucie wolnym markuje strzał, zgrywa sprytnie piłkę do Jury, a ten nie ma problemu z umieszczeniem jej w bramce Wojtka Wiktora. Jeżeli ktoś myślał, ze ten gol da impuls, jakiegoś pozytywnego „kopa” kęczanom był w błędzie. A jeżeli już dał, to – owszem – ale zespołowi z Nowej Wsi. W 43 minucie Kamil Kozłowski zakręca obrońcą i technicznym uderzeniem posyła piłkę w górny róg bramki – na 5:1 ( za moment ponownie uderza z dystansu w „okienko” , ale wcześniej mamy gwizdek sędziego więc z trafienia „nici”). W 47 minucie kontra Janosz- Kozłowski kończy się uderzeniem „Janka” w bramkarza, ale za chwilę – w odwrotnym układzie tego duetu – wpada do siatki ( Kozłowski na 6:1). Ostatnią, siódmą, bramkę dla KCP Team zalicza Mateusz Piskorek, ale udział w jej zdobyciu ma znowu Kozłowski ( „obraca” bezlitośnie rywalami na „szesnastce” i podaje piłkę do „Piśka”).

7:1 i takim to, zaskakująco wysokim, wynikiem kończy się spotkanie lidera i wicelidera ALF.

 

Włatcy Stadionuf – Orzeł 4:2

Oba zespoły wystąpił y w osłabionych składach ( Orzeł bez Nowaka ,Migdałka i Forysia, władcy bez Ramendy, Makowskiego oraz brzeszczan). W tej logistycznie wyrównanej sytuacji w mecz lepiej weszły walczaki. W 10 minucie rozegranie „na klepkę” Kamila Matuśniaka z Łukaszem Jureckim dało im prowadzenie. Później bramkarza włatcuf niepokoili jeszcze Przemek Płonka i Matuśniak (kapitalne uderzenie z wolnego w „winkiel”, ale druga bramka dla orłów padła po stałym fragmencie gry – z rzutu karnego zdobył ją Zbigniew Mitoraj. W końcówce pierwszej połowy „malo ożywionym” do tego momentu kotłom udało się strzelić kontaktowego gola ( po błędzie „dziadka” i obrony celne trafienie zanotował Arek Bąk).

W drugiej odsłonie orły mogły niemal od razu „urwać” się rywalowi, ale Matuśniakowi, w idealnej sytuacji przytrafił się paskudny kiks. Walczaki nie strzeliły trzeciej bramki, drugą za to zapisali na swoim koncie władcy – w zamieszaniu na polu karnym najprzytomniej zachował się Bąk i po raz drugi umieścił piłkę w siatce. Remisowy wynik wyraźnie uskrzydlił ekipę Legienia, a i mecz nabrał wreszcie rumieńców. I nieważne, że obie drużyny, lekceważąc wszelkie prawidła taktyki, zdecydowały się na obopólną wymianę, często niecelnych, ciosów („setki” Mateusza Gębołysia, Matuśniaka, Bąka, słupki Zbigniewa Mitoraja i Gębołysia). Była walka. Była jazda. A jeszcze ciekawiej zrobiło się po golu z rzutu karnego (za faul na Gębołysiu) autorstwa kapitana Artura Legienia. Orły widząc, że już nie tylko dwa, a pełne trzy punkty uciekają im z rąk, poszły całym zespołem do przodu, stworzyły kilka sytuacji strzeleckich, ale kilka ich dobrych i niebezpiecznych uderzeń ofiarnie zblokował kocioł Krzysiek Babiuch. Ostateczny cios pomarańczowym zadał Kamil Gibas – wygrywając na linii „szesnastki” pojedynek o górną piłkę z „dziadkiem” Bączkiem skierował piłkę do siatki tyłem głowy, ponad jego rękami. I było po zawodach.

 

K3 – Chłopaki z Ośki 3:3

Czarne koszule zagrały przede wszystkim mądrze. W pierwszej połowie nawet bardzo. Zagęszczona , czujna defensywa. Konsekwentna. Zero podniecania się i hasania w przodach. No i kontra. Gdy tylko nadarzała się okazja, kontra. okazja na nią nadarzyła się już w 5 minucie i została bezbłędnie wykorzystana przez Maćka „Kudłatego” Szczepańczyka. W 12 minucie długim lobem z połowy boiska próbował zaskoczyć bramkarza Ośki Damian Flisek, ale próba nie powiodła się. W chwilę później, w zdecydowanie łatwiejszych okolicznościach (po „rogu”, w zamieszaniu podbramkowym, Jacek Januszyk niefortunnie „wyłożył” mu piłkę wprost pod nogi) nie miał już problemu z umieszczeniem piłki w siatce. W końcówce pierwszej odsłony rozgrywający K3 , trafił jeszcze raz (tym razem z rzutu wolego) i księgarze schodzili do „szatni” z mocną, trzy bramkową zaliczką.

Po przerwie Ośka zabrała się solidnie do roboty. Przyśpieszyła, zaczęła grać agresywniej, a przede wszystkim skuteczniej. W 32 minucie pierwszą bramkę zdobył Rudek Oczko (w chwilę później mógł być „kontakt”, gdyby techniczna „podcinka”, Konrada Wrony była bardziej precyzyjna). Rozpędzone chłopaki nie rezygnowały, Kuba Januszyk przesunął się do przodów i siał systematycznie „zamęt” w już nie tak szczelnej jak w pierwszych dwudziestu pięciu minutach, obronie księgarzy – w 36 minucie uderzył z dystansu w sam róg i zasłonięty Michał Wysogląd był bez szans. W dwie minuty później K3 miało spore szczęście, gdy piłka, po wolnym, uderzyła w wewnętrzną stronę słupka i …wpadła w ręce Michała. Nie miało za to szczęścia, gdy po jednej z nielicznych w tej połowie kontr, Damian Flisek, w sytuacji z rzędu tych stuprocentowych, przeniósł piłkę wysoko nad poprzeczką. Końcówka meczu to nieustający atak Ośki (świetnie wykonana po rzucie z autu kombinacja skończyła się mocnym, ale niecelnym uderzeniem Kuby Januszyka, kąśliwy strzał Szymona Gałuszki przemknął tuż obok słupka). Na 2 minuty przed końcem, rzut karny za rękę Łukasza Kruka, wykorzystał Januszyk i tym samym doprowadził do remisu 3:3. Ośka próbowała zgarnąć pełną pulę punktową i była bliska tego po kapitalnym uderzeniu z dystansu Gałuszki , ale tak jak kapitalnym uderzeniem popisał się Szymon, tak kapitalną robinsonadą od porażki uchronił swój zespół Michał Wysogląd.

 

13.06.2014

Oldboys Beskid Andrychów – Bianconerri 9:1

Współczuję kapitanowi zebr Mariuszowi Bułasiowi, który dzień wcześniej ze sporą determinacją bronił terminu rozegrania ligowego meczu (Beskid, ze względu na jakiś oldbojowy, sobotni turniej, chciał go przestawić na inny) motywując to tym, ze specjalnie na tą okazję wziął urlop, a koledzy też chcą powalczyć w piątkowy wieczór. Więc Beskid zdemolowany czerwonym kartkami pozbierał wszystko co mu jeszcze zostało ( na New Village Stadium pojawił się – miedzy innymi – dawno niewidziany weteran Andrzej Góral) przyjechał..zagrał..i zdemolował rywala.

I nie dlatego współczuję Mariuszowi Bułasiowi, że Beskid zdemolował Bianconerrich. Współczuję mu, bo koledzy, po raz kolejny, wystawili swego kapitana wiatru – na mecz przyszło ich pięciu i w piątkę zebry musiały stawić czoło rywalowi…

 

Drink Team – Kojoty 2:4

Kojoty obawiały się tego meczu, bo zagrać miały go bez połowy podstawowego składu (Ferreri, Gaweł, Kurec, Puchała, Królicki). Skończyło się jednak tylko na obawach i strachu, bo zmiennicy spisali się zupełnie dobrze i chrzest bojowy zdali.

W 2 minucie meczu Paweł Puchała, z dobitki, strzelił pierwszego gola dla kojotów a na dwie minuty przed końcem pierwszej odsłony wyrównał Sebastian Mysłajek. Tak, najbardziej lakonicznie, można by podsumować pierwszą odsłonę dodając ewentualnie, że był to remis w pełni zasłużony (obie w międzyczasie, w trudnych warunkach atmosferycznych, stworzyły sobie kilka niezłych sytuacji bramkowych, ale ich – solidarnie – nie wykorzystały).

Zaraz po przerwie odnotowaliśmy mocne wejście Drink Team. Dawid Wąsik przeprowadził indywidualną akcję i zdobył drugiego gola dla miejscowych. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Wrzutkę z głębi pola strącił delikatnie głową Mateusz Majda i to wystarczyło, by Kamil Leśniak skapitulował. W 33 minucie tenże Majda, ładnie zagrał piętą do Puchały , a rosły napastnik kojotów bez namysłu uderzył mocno, ale niecelnie. W strugach deszczu oba zespoły do ostatniej minuty meczu próbowały zmienić rezultat, ale sztuka ta udała się tylko kojotom. Najpierw ze skrzydła, „pociągnął”   i trafił do bramki ich nowy nabytek, Tomasz Błasiak, a kropkę nad „i” , z kontry, postawił najbardziej widoczny – obok Arka Orlickiego i bramkarza Grabskiego – Paweł Puchała (tym samym odkupił winę, za żółty kartonik, będący efektem jego pure-nonsensowej dyskusji z arbitrem).

 

Niezniszczalni – Bajer 4:7

Dla Bajeru mecz „o życie”. Dla niezniszczalnych niekoniecznie. Bajerantów stawiło się bodaj ..j e d e n s t u   co już samo w sobie jest faktem porażającym (pozytywnie!), niezniszczalnych było nieco mniej. Mecz od początku ułożył się po myśli Bajeru, mocno szarpała frakcja kobiernickich ex-solarzy (Żurek-Fabia-Brońka) i jej bramki – dokładnie trzy – dały po pierwszej połowie bezpieczne prowadzenie ekipie Masów (na dwie bramki Mariusza Żurka i jedną Rafała Fabii niezniszczalni odpowiedzieli tylko trafieniem Tomasza Sadlika). W drugiej połowie optyczna i bramkowa przewaga bajerantów rosła (kolejne gole Żurka i Fabii), ale przy stanie 5:1 serię trzech fantastycznych bramek zanotował (i pewnie w pamiętniku też odnotuje!) Łukasz Bułaś. Najpierw, ze swojej połowy(!), posłał piłkę lobem nad wysuniętym bramkarzem Andrzejem Sadlikiem, później z połowy boiska „pociągnął” w samo „okno i na koniec – znowu z połowy boiska – potężnym kopnięciem wpakował piłkę po raz trzeci do siatki (klasyczny hat trick, ale w jakim „opakowaniu”!). Bramki Bułasia wprowadziły trochę zdenerwowania wśród bajerantów, ale na ex-solarzy można było tego dnia liczyć – Arek Brońka i Mariusz Żurek dorzucili kolejne trafienia i Bajer pewnie zgarnął pierwsze, trzy punkty w Lidze!

Gratulacje!

 

Paweł

Szczegółowe tabele, wyniki i strzelcy bramek znajdują się na www.alfnw.futbolowo.pl

Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Ciekawostki, Inne, Społeczne, Sportowe i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Czas na wpisanie wyniku operacji minął. Proszę przeładować CAPTCHA za pomocą ikonki (strzałki).

*