Relacja z 17. kolejki ALF w Nowej Wsi

Nowa_Wieś_FLY-VIDEOZapraszamy do zapoznania się z relacją z 17. kolejki w Nowej Wsi.

ALF

Orlik , New Village Stadium

17.09.2015

Bajer – Andrychów FC  1:10

Tym razem lider rozgrywek wystąpił bez kapitana Grzegorza „Nalefa” Cholelewki , bez„Jerry’ego”, „Młoca” a nawet „ Łajzy” (że już o wcześniej porozbijanych gwiazdach nie wspomnę), ale za to z powracającym gościnnie Kamilem „Kozą” Kozłowskim.

Bajer  z kolei skompletował zupełnie przyzwoitą paczkę,  z trzema solarzami: Żurekiem, Fabią, Brońką i nieco ostatnio mniej widzianym na NVS Mateuszem Gąsiorkiem.

W piątej minucie meczu przypomniał się w swoim najlepszym stylu (pamiętanym jeszcze z występów w barwach KCP Team) „Koza” Kozłowski. Po założeniu siatek – jedna po drugiej – dwóm z trzech solarzy (nie napiszę którym, niech to zostanie „słodką tajemnicą” redakcji) i minięciu jak słupki slalomowe następnej dwójki, efektowny rajd zakończył  trafieniem do siatki. Do wyrównania szybko, bo jeszcze w tej samej minucie, mógł doprowadzić Arek Brońka, ale z odległości jednego metra fatalnie spudłował. Swoje sytuacje, ale już nie tak sterylne, mieli jeszcze: Żurek, Witkowski i ponownie Brońka.

W pierwszym kwadransie  mecz był wyrównany (bardzo dobrze tyły Bajeru trzymał debiutujący w Bajerze Grzesiek Witkowski), jednak z upływem czasu coraz bardziej zaczęła uwidaczniać się przewaga „ czarnych trykotów”. W 17 minucie, Seweryn Łysoń zaryzykował uderzenie z bardzo ostrego kąta i to się opłaciło, bo piłka – ku zaskoczeniu golkipera, obrońców, a nawet kolegów Seweryna, spodziewających  się zagrania do „tyłu” – znalazła drogę do siatki. Na 3:0 podwyższył Dariusz Siwek (ex-golkiper AFC pognał z piłką wzdłuż linii ”szesnastki” i  niesygnalizowanym strzałem posłał ją po przekątnej w sam róg bramki Andrzeja Sadlika).

Po przerwie, w 29 minucie spotkania  zelektryzował wszystkich (i to dosłownie  z e l e k t r y z o w a ł!) Jan Bogacz. Pomocnik Bajeru „urwał się” obrońcom i huknął – jak mocno, tak niecelnie. Piłka poszybowała w przestworza i wpadła na druty sieci elektroenergetycznej –  błysło, zaiskrzyło, zagrzmiało.. swąd się rozniósł paskudny, a w okolicznych chałupach zgasło światło (na orliku, na szczęście, „padły” tylko lampy na boisku do koszykówki i dwie żarówki „stadionu głównego” więc grać można było). Efektowna akcja Jana  Bogacza była jedynym,  j a ś n i e j s z y m   momentem  Bajeru  w tej odsłonie (no, może obok honorowego trafienia Mariusza Żurka z 32 minuty).

Od akcji z „fajerwerkami” AFC rządziło już na boisku niepodzielnie, potwierdzając to kolejnymi bramkami: Krzysztofa „Pajka” Wiktorczyka (ostatni oryginalny napastnik andrychowian nie tylko strzelał bramki, ale też wziął na siebie ciężar rozgrywania i zawiązywania ofensywnych akcji), Kozłowskiego, Łysonia i ponownie tria:  Wiktorczyk, Kozłowski i Łysoń.

W końcówce meczu w bramce Bajeru pojawiła się Paweł Gizicki. Dotychczas wyłącznie defensor i niezła „kosa”. Tym samym dołączył on do licznej galerii golkiperów, którzy w tej rundzie, z dość różnym skutkiem, strzegli bramki ekipy Masów. W dzisiejszym pojedynku ekipy Masów, bez Masów.

Desperado Team – Oldboys Beskid Andrychów  5:8

Andrychowianie, rozbici plagą urazów, do meczu z niebieskimi przystąpili w pięcioosobowym składzie, z kontuzjowanymi: Sebastianem Pilarskim i Łukaszem Smazą, którzy na mecz przyjechali w roli kibiców (ale przewidująco zabrali ze sobą jakieś dresiki i sportowe spodenki) i w tych okolicznościach – chcąc, nie chcąc – zostali zmuszeni do wybiegnięcia na murawę.

Desperado Team wykorzystało sytuację i już w 1 minucie zdobyło gola (Dariusz Rusek widząc wysuniętego wysoko przed bramkę golkipera rywali, Pilarskiego, z połowy boiska posłał mu piłkę, precyzyjnym lobem, za „za kołnierz”). W 3 minucie było już 2:0 – po mocnym uderzeniu Kamila Forysia futbolówka odbiła się od pleców Józefa Ryłki i zmyliwszy bramkarza wpadła do siatki.

 Ten wynik na oldbojach nie zrobił większego wrażenia – no może tylko zmusił ich do bardziej otwartej i mniej asekuracyjnej gry (w 4 minucie „Smazik”, w wybornej sytuacji, posłał jeszcze piłkę z ”piątki w sufit”, ale w chwilę później, po indywidualnej kontrze wyprowadzonej przez Łukasza „Fadromkę” Lachendrę i zagraniu piłki do Zbyszka Polaka, kontaktowy gol już padł).

 W tym momencie na New Village Stadium zameldowali się dwaj, nowi Beskidowcy: Marek Kudłacik i Andrzej Góral i sytuacja starszych panów zaczęła  nabierać jaśniejszych kolorów (co ciekawe, Kudłacik, skądinąd bramkarz wyśmienity, nie stanął między słupkami, a wskoczył do gry w polu; chyba tylko dlatego, że kontuzjowany „Seba” nie może jeszcze hasać polu). Sytuacja oldbojów, jak wspomniałem wyżej, zaczęła nabierać jaśniejszych kolorów i rumieńców, ale nie tak od razu, bo jeszcze w 17 minucie bramkę zdobyło Desperado Team (z kontry na listę strzelców wpisał się Łukasz Dudziak). Odpowiedź andrychowian była natychmiastowa – po pięknej, „klepanej” akcji Górala z Polakiem do siatki trafił ten ostatni.

Po tym golu sytuacja na boisku stała się bardzo czytelna – niebiescy, ciągle na prowadzeniu, cofnęli się na własną połowę (Kamil Foryś, grając „ostatniego” praktycznie operował tylko na linii „szesnastki”), zaś oldboje zaś próbowali forsować „zasieki” głównie mozolnym atakiem pozycyjnym, z rzadka indywidualną szarżą (i właśnie po jednej z takich indywidualnych szarż, aktywny Lachendro precyzyjnym uderzeniem doprowadził do remisu, a w ostatniej minucie pierwszej osłony niemal identycznym kopnięciem zza linii „szesnastki” wyprowadził swój zespół na prowadzenie 4:3.

Drugie 25 minut meczu  zaczęło  się od mocnego wejścia Rafała Klęczara – napastnik niebieskich oddał, w przeciągu kilku sekund, dwa groźne strzały z woleja (pierwszy obronił Pilarski, drugi odważnie na ciało wziął Grzesiek „Kucyk” Mizera). Bojowy nastrój Desperado Team szybko ostudził Zbyszek Polak, trafiając w 27 minucie do jego bramki po uderzeniu z ”pierwszej piłki”.

W tym momencie skrzydła ekipy Tomka Harężlaka zostały mocno podcięte i  tylko osamotniony na „szpicy” Piotr Adamus próbował coś jeszcze namieszać pod bramką Beskidu (bez powodzenia, bo nie miał wsparcia, a ponadto świetną partię rozgrywał defensor Grzegorz Mizera, praktycznie w każdej akcji wyprzedzający rywala).

W 35 minucie, po zagraniu z autu, piłkę do bramki skierował Łukasz Smaza (w kilkanaście sekund później, mógł zdobyć kolejnego gola – po otrzymaniu „długiej” piłki od bramkarza zdecydował się na dynamiczny rajd, zakończony strzałem w słupek).

W 37 minucie Desperado Team wyprowadzili kontrę, ale będąc w sytuacji trzech na..bramkarza, nie zdołali go pokonać (uderzenie Adamus obronił nogami Pilarski). Zdecydowanie skuteczniejszy był za to, po drugiej stronie boiska Marek Kudłacik –  po uderzeniu z woleja (z lekkim rykoszetem) zdobył dla swego zespołu siódmego gola.

I gdy wydawało się, że już nic szczególnego w tym meczu nie może się wydarzyć (andrychowianie grali sobie  teraz w „dużego dziadka”), reaktywował się Ten-Który-Szarpnął-Po-Przerwie czyli Rafał Klęczar i uderzył z dystansu nie do obrony. Nie minęła minuta i ten sam zawodnik, wykorzystując „zabawę” Pilarskiego na piątym metrze, wepchnął ponownie piłkę do siatki. Szalejący Rafał, przy odrobinie fartu, mógł jeszcze zdobyć następne bramki, ale – umówmy się – wszystko do bramki nie wpada.

Kropkę nad „i” postawił Zbyszek Polak zdobywając gola po dwójkowej kontrze z „Fadromką”).

Ultras – Chłopaki z Ośki  6:3

Kęcki derby dwóch zasłużonych firm, ostatnio „wsławionych”,  mało chlubnym, oddaniem meczy.. walkowerem.

Zawody zdecydowanie lepiej zaczęły się dla ultrasów. W 4 minucie, po podaniu od Bogumiła Olesiak, bramkę zdobył, uderzeniem w „krótki róg”, Adam Hawro. Dwie minuty później, za rękę w obrębie pola karnego któregoś z obrońców Ośki, sędzia podyktował rzut karny pewnie wyegzekwowany przez Dominika Nycza.

W 9 minucie było już 3:0 – po strzale Wojtka Jury , bramkarz Wojciech Sordyl, piłkę sparował, ale przy „dobitce” Nycza był już bezradny

Chłopaki z Ośki w pierwszym kwadransie meczu grały chaotycznie i bez  koncepcji, ale później coś drgnęło. Groźny strzał Mateusza Śleziaka obronił nogami bramkarz ultrasów, Marek Mika, uderzenie głową Sebastiana Zająca trafiło w słupek i wreszcie w 16 minucie Śleziak (jedyny, obecny na boisku z trójki braci) popisał się techniczną sztuczką – przeniósł piłkę sprytnie nad obrońcą i posłał ją obok bramkarza. Stracony gol wywołał ożywioną dyskusję w szeregach żółto-czerwonych , co omal nie skończyło się kolejną bramką, bo nerwówkę” w ich szeregach próbował wykorzystać ponownie Śleziak (uderzył z dystansu, bramkarz ją odbił, ale Krzysztof Mazgaj nie poszedł na „dobitkę”- a powinien pójść – i szansa bezpowrotnie umknęła). W 19 minucie napastnik „żółtych koszulek” zrehabilitował się, wykorzystał podanie od Konrada Wrony i strzelił kontaktowego gola.

 Ośka podkręciła tempo, przycisnęła i gdy wyrównanie zdawało się być kwestią minut, jeśli nawet nie sekund, Wojciech Sordyl popełnił błąd (piłka w niegroźnej sytuacji wypadła mu z rąk) i czający się przy nim Michał Karkoszka nie miał problemu z wykorzystaniem „prezentu”.

Druga połowa zaczęła się od stuprocentowej sytuacji Konrada Wrony (bramkarz Mika jakimś cudem obronił jego strzał).Później mocno, ale obok słupka, uderzył Zając, a jeszcze mocniej i też minimalnie niecelnie, Śleziak (po zagraniu z rzutu rożnego).  Okazje, okazjami.. sytuacje, sytuacjami w futbolu liczą się przede wszystkim bramki. I fart, a tego Ośce tego wieczoru wyraźnie brakowało. Sebastian Zając, przy próbie wybicia piłki, tak niefortunnie nastrzelił  nią któregoś z zawodników, że odbita futbolówka trafiła pod nogi Adama Hawry i skrzydłowy ultrasów, chytrym strzałem między nogami bramkarza, posłał ją do siatki.

O ironio! W tym fragmencie meczu ultrasi zostali zepchnięci do  głębokiej defensywy, a ich gra ograniczała się głównie do ekspediowania piłek na połowę rywali oraz,  improwizowanymi na ich bazie, kontratakami (po jednym z nich Wojtek Wilk wygrał na środku boiska bezpośrednie starcie z bramkarzem i posłał piłkę – tym razem ośka miała fart! – w słupek).

Szarpał na całej długości i szerokości boiska Mateusz Śleziak, który w końcówce spotkania stał się prawdziwym motorem napędowym Ośki, szarpali jego koledzy, co z tego, skoro tego dnia w znakomitej dyspozycji był golkiper Marek Mika (numer 1 w swoim zespole, a kto wie, czy nie w całym meczu), broniący – i dobrze i szczęśliwie – dosłownie wszystko (trudno zatem dziwić się frustracji Mateusza Śleziaka, którą w jednym z epizodów przelał na arbitra).

Jakby nieszczęść było mało, w tym bardzo dobrym, ofensywnym okresie gry, chłopaki nadziały się na kolejną i bardzo szczęśliwą dla ultrasów, kontrę (po przypadkowym odbiciu piłki od rywala znów najszybciej dopadł jej Hawro i strzelił na 6:2).

Ostrzał bramki żółto-czerwonych nie ustawał, ale każdej akcji zwycięsko wychodził Marek Mika (nawet z takiej,  w której crossowe podanie książkowo zgasił na klacie Śleziak i z pięciu metrów kropnął.. gdzie?.. oczywiście że w Mikę!)

W 48 minucie Krzysztofowi Mazgajowi udało się wreszcie odczarować bramkę ultrasów (trafił do siatki z najbliższej odległości), a w 49 minucie Mateusz Śleziak jeszcze raz oddał strzał, który wylądował na słupku i z racji tego kolejnego niefartu okraszony został  potężnym, niecenzuralnym okrzykiem wściekłości „Matiego”.

18.09.2015

K3 – Niezniszczalni  6:3

W drugiej minucie bramkę po rzucie rożnym, egzekwowanym przez Wacka Farona, technicznym „rogalem” zdobył Tomek Fender. W 5 minucie księgarze prowadzili już 2:0 (z metra głowa piłkę do siatki skierował Jakub Hinz). K3 miało cały czas przewagę, a kilka akcji duetu: Wacek Faron-Sebastian Mysłajek,  rozgrywanych z ”klepki”, naprawdę mogło się podobać. Niezniszczalnym po raz pierwszy udało się postraszyć rywali w 12 minucie, kiedy to Kamil Leśniak oddał piękny strzał z dystansu, obroniony efektowną robinsonadą przez Michała Wysogląda. W 14 minucie padł gol kontaktowy – w zamieszaniu podbramkowym  Artur Gasidło z najbliższej odległości posłał piłkę do siatki. Ten stan utrzymał się krótko, bo już w 16 minucie na 3:1 podwyższył Faron. W 18 minucie groźnie zaszarżował kapitan niebiesko-czarnych, Krzysztof Szumowski, ale jego niebezpieczny strzał, podobnie jak kilka następnych, obronił Wysogląd.

W 21 minucie sędzia, za kontrowersyjny faul Mysłajka w obrębie „szesnastki”, na swoim kumplu , Lęśniaku, podyktował rzut karny. Do piłki podszedł sam poszkodowany, uderzył, ale że zrobił to mało precyzyjnie, Wysogląd  strzał obronił! W końcówce pierwszej połowy Leśniak zainicjował indywidualną akcję, zagrał piłkę do Amadeusza Pasieki, a „Schalke 04”huknął z całej siły, nie do obrony („skóra” uderzyła w wewnętrzną część poprzeczki, odbiła się od linii bramkowej i wpadła do siatki).

 Druga połowa zaczęła się od zażartej, ale obustronnie chaotycznej, gry (na dobrą sprawę żaden z zespołów nie był w stanie wypracować sobie jakiejś sensownej, przemyślanej akcji). Pozostały indywidualne rozwiązania. I tak w 31 minucie Wacek Faron wykorzystał swoje sprinterskie możliwości (przebiegł z piłką lewą flanką przez całą długość boisko niczym Usain Bolt i mimo asysty przy „linii mety” Leniaka, zdołał umieścić piłkę w bramce), a w chwilę później podwyższyć wynik mógł Hinz, skiksował jednak z metra, bo zamiast uderzyć wewnętrzną częścią stopy, zrobił to prostym podbiciem i ta ześlizgnęła mu się po bucie. Co nie udało się Jakubowi, udało się Adamowi Jurze – jego śmiałe wejście w pole karne zaowocowało piątym trafieniem dla czarnych koszul.

Drugie trafienie Pasieki, z 45 minuty, było jeszcze ładniejsze od pierwszego. „Amadeo” dostał ze środka boiska górną, prostopadłą piłkę i w asyście obrońcy posłał ja z półobrotu, z pierwszego uderzenia, lobem, ponad bramkarzem. Naprawdę gol-marzenie!

Końcówka meczu to już obustronna wymiana ciosów, z pominięciem środkowej strefy boiska (Leśniak  i Pasieka trafili w słupek. ponadto ten drugi fantastyczną „piętką”, posłał futbolówkę tuż obok bramki, Irek „Bzyk” Pszczółka trafił zaś do siatki precyzyjnym strzałem z dystansu i tym samym ustalił wynik końcowy na 6:3).

Włatcy Stadionuf – Kojoty  3:2

Mecz zespołów walczących „ o coś”. I to od razu rzuciło się w oczy Była twarda,  ostra walka.  Nikt nie odpuszczał. Kwestią zasadniczą było pytanie, czy w przy takiej kumulacji emocji i energii, niekoniecznie do końca pozytywnej, nie nastąpi przekroczenie „Rubiconu”..

W 3 minucie przed pierwszą  szansą stanął  włatca Mateusz „Kicek” Królicki, ale piłkę posłał obok bramki. W odpowiedzi dwie szybkie akcje przeprowadził duet: Arek Orlicki i Daniel Ferreri, także nieskuteczne. W 9 minucie błąd przy linii autowej popełnił bramkarz stada , Maciek Krzemień, piłkę przechwycił Paweł „Serek” Seratowicz i posłał ze skrzydła do pustej bramki, tyle, że w słupek. W chwilę później obrońcom wlatcuf urwał się Kuba Gaweł i on też trafił w słupek. W 12 minucie z dystansu uderzył Rafał Makowski. Mocno, nad poprzeczką. Optyczna przewaga w pierwszym okresie należała do kojotów, oni byli częściej przy piłce, oni próbowali narzucić swój styl rywalom.  Niewiele jednak  z tego – w sensie wymiernego wyniku – wynikało (zdenerwowany „Ferri” odpoczywając w boksie uraczył kolegów radą, złota sentencją , która być może przejdzie do kanonu ALFowych powiedzonek; sentencja brzmiała tak: „grajmy jak tydzień temu!”).

 Na pewno spory udział w sposobie rozgrywania zawodów miała pogoda-  w rzęsiście padającym deszczu trzeba było grać dokładniejsze piłki, takie na zawodnika, nie na dobieg, trzeba było próbować strzelać (najlepiej dołem i z „kozłem”) i – jak zarazy –  wystrzegać się kiksów w defensywie.

W 22 minucie Mateusz „Bono” Gawęda tylko w sobie wiadomy sposób wyciągnął jedną ręką piłkę po strzale Gawła i przeniósł ją nad poprzeczką. Na sekundy przed gwizdkiem sędziego, kończącym pierwszą połowę, swoje sytuacje mieli jeszcze; kapitan kojotów, Adrian Pękala (piłka ześlizgnęła mu się po bucie) i Paweł Seratowicz ( trafił w boczną siatkę), ale że ich ni wykorzystali pierwsze 25 minut meczu zakończyło się nietypowym rezultatem 0:0.

W drugiej połowie na New Village Stadium dotarł obrońca kotłów, Przemek Tomiczek, ale widząc, że na boisku nie ma przelewek i „trup ściele się gęsto”.. zrezygnował z udziału (usprawiedliwia go tylko fakt, że był rekonwalescentem, świeżo po groźnej kontuzji i w tej sytuacji nie na wiele by się zdał zespołowi).

Tymczasem na boisku trwała niesamowita  walka o  zdobycie pierwszej bramki – zawodnicy obu drużynie mogąc tego zrobić piłką i własnymi nogami, intensywnie próbowali wywierać presję na arbitrze, tak, by przy każdej kontrowersyjnej sytuacji zagwizdał na ich korzyść.

W okolicach 34 minuty  „Rubicon” zaczął niebezpiecznie trzeszczeć  (za utrudnianie gry (?) i dyskusję żółty kartonik otrzymał Arek Orlicki), a w chwilę później został  niestety przekroczony. Mateusz Majda przegrał walkę” bark w bark” z kapitanem włatcuf, Arturem Legieniem, a że dopatrzył się w tym starciu nieodgwizdanego na nim faulu, postanowił szybko odreagować rzecz i sam wymierzyć sprawiedliwość,  na Bogu ducha winnym rywalu,  który akurat był przy piłce (tym pechowcem okazał się defensor Szymon Makowski).Na szczęście dynamiczna „kosa” Majdy chybiła celu, a mówiąc precyzyjniej, nie trafiła tam, gdzie miała trafić, bo „Kret” na całe szczęście zdążył uciec z nogą -w przeciwnym razie mogło się to skończyć naprawdę tragicznie).  Arbiter bez wahania sięgnął po czerwony kartonik i odesłał krewkiego kojota poza boisko.

W 36 minucie Rafał Makowski posłał piłkę do Seratowicza i wreszcie stało się! – skrzydłowy kotłów uderzeniem z ostrego kąta zdobył bramkę.

W 40 minucie stadu urwał się  Mateusz Królicki, a ponieważ zagrożenie było duże  Daniel Ferreri chwycił „uciekiniera” za spodenki. I chyba opłaciło się, bo Kicek nie zdołał  zrobił krzywdy stadu, kojoty zaś  dwie minuty  bez  swego, ukaranego „żółtkiem”, pomocnika, przetrzymały bez szwanku. Co więcej, w 41 minucie, wykorzystując zamieszanie przy zmianie rywali, Kuba Gaweł przechwycił długie podanie od bramkarza i doprowadził do wyrównania. W 42 minucie żółty kartonik ujrzał z kolei Artur Legień (za taktyczny faul na Gawle) i teraz on musiał potruchtać za linię autowa na dwuminutowy, zasłużony wypoczynek. W 44 minucie, grającym w osłabieniu  włatcom, arbiter odgwizdał za linią „szesnastki” faul na Mateuszu Królickim. Poszkodowany sam podszedł do piłki i precyzyjnym uderzeniem zdobył drugiego gola dla swego zespołu. W minutę później było już 3:1 dla ekipy Legienia – Mateusz Klęczar idealnie zagrał piłkę do Seratowicza i „Serek” po raz drugi w tym meczu wpisał się na listę strzelców . Kojoty nie zrezygnowały z dogonienia rywali i na dwie minuty przed końcem spotkania, w nieco kuriozalnych okolicznościach, zdobyły kontaktową bramkę (Arek Orlicki z połowy boiska posłał piłkę dołem w kierunku bramki włatcuf, a Kuba Gaweł, na „piątym metrze”, nie dotykając piłki, sprytnym balansem ciała kompletnie  zmylił Mateusza Gawędę. I to był ostatni akcent tego dobrego, a momentami nawet bardzo dobrego meczu.

Stado straciło cenne punkty, ale nadal liczy się w stawce chętnych do „pudła”.

Włatcy?

Włatcy wracają do gry.

KCP Team – Mistrzowie Osiedla  7:0

Mecz rozczarował głównie za sprawą osiedlowców. „Rycerze jesieni” (andrychowianie nie przegrali jeszcze w tej rundzie żadnego meczu) rozegrali tym razem słabe zawody. I nie można tego zwalić na skład, bo ten mieli zupełnie dobry, ani tym bardziej na pogodę (lało na nich z nieba tak samo tęgo jak na muzyków).

W 12 minucie Kuba Migdałek przymierzył zza linii „szesnastki”, a że było to uderzenie wyjątkowo mocne, piłka przełamała  ręce interweniującego Rafała Kiszczaka i wpadła do bramki.

Po stracie gola beniaminek ruszył do ataku, chcąc odrobić straty, ale  KCP Team nie dało sobie zrobić krzywdy, co więcej, kilka razy groźnie skontrowało (Rafał Janosz, Kuba Migdałek). W 18 minucie, po kolejnej kontrze, padła druga bramka dla KCP Team- Artur Grządziel z zimną krwią posłał piłkę dołem do siatki obok próbującego skrócić kąt, Kiszczaka.

Po przerwie znakomitą sytuację do zdobycia kontaktowego gola zmarnował Andrzej Mikołajek (posłał futbolówkę z 4 metrów wysoko nad bramkę). W 29 minucie ładną kontrę wyprowadził Przemek „Sroka” Sroczyński, zagrał przytomnie do Adriana Majkucińskiego, a „Majki” akcji kolegi nie zmarnował.

W tym momencie bramkarz Kiszczak nie wytrzymał  (a wytrzymywał już długo) i zaczął  w swoim starym, charakterystycznym stylu – czyli głośno  i z „mięsem” – besztać kolegów z drużyny. Nie na wiele to się zdało; osiedlowcy nadal grali bez konceptu, bez determinacji i bez większej wiary w odwrócenie losów meczu.

W 36 minucie najjaśniejszy punkt beniaminka ( wybronił sporo trudnych strzałów) Kiszczak przy wyrzucie piłki ręką popełni błąd – futbolówka trafiła pod nogi Grządziela i ten – zazwyczaj nie marnuje takich okazji! –  podwyższył wynik na 4:0.W 46 minucie KCP Tam przeprowadziło wzorcową, szybka kontrę trójką: Janosz-Grządziel-Majkuciński, zakończoną golem „Majkiego”)

Końcówka meczu przebiegała już pod zdecydowane dyktando muzyków – Damian Pałamarczuk najpierw trafił w słupek, a chwilę później jego uderzenie po „długim słupku” fantastycznie wybronił Kiszczak. Zabawa Andrzeja „Hesusa” Bieszki (mając na plecach agresywnego rywala, w tym samym, jednym starciu z nim, próbował nabrać go trzy razy na ten sam „myk”, a że  – jak mówi porzekadło –  „do trzech razy sztuka”, agresywny rywal czyli Kuba Migdałek w końcu piłkę mu wyłuskał, pognał w kierunku bramki i zdobył szóstą bramkę.

Ostatnie trafienie w tym meczu było autorstwa Artura Grządziela – napastnik KCP Tam potężnie uderzył w  samo „okienko” bramki Mistrzów Osiedla.

Paweł Kłaput

szczegółowe tabele, wyniki i strzelcy bramek znajdują się na:  www.alf.futbolowo.pl

Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, Inne, Społeczne, Sportowe i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Czas na wpisanie wyniku operacji minął. Proszę przeładować CAPTCHA za pomocą ikonki (strzałki).

*